wtorek, 13 czerwca 2017

A jednak wróciłam do gorsetu... (Corsetry & Romance część I )

Nieśmiało się przyznam, że zachciewa mi się ubierać się w XIX wieczne ubranka.  Jednak zanim będę mogła dumnie wkroczyć na salony, muszę przeczytać cały internet.  A tyle czytania jest mi potrzebne, żeby na pewno posiąść na tyle dostateczną ilość wiedzy, aby mój debiut nie był równoznaczny z wielkim faux pas. Im więcej czytam, tym więcej rodzi mi się pytań w głowie i tym bardziej rozpaczam nad moim zerowym doświadczeniem szyciowym. Ale jest lepiej niż gorzej, czuję przyrost wiedzy. Niestety nie mam żadnego mentora, który, jak to było w przypadku lolita fashion, wprowadziłby mnie w temat, muszę więc działać sama i liczyć, że natknę się na pomocne zakątki internetu. Odezwę się kiedy osiągnę oświecenie, póki co udało mi się tylko ustalić od jakiego przedziału czasowego chciałabym zacząć. Z całego natłoku informacji, który się na mnie wysypuje jasno klaruje się jedna wiadomość: Bielizna to podstawa! Dosłownie i ideologicznie. Stwierdziłam więc, że małymi kroczkami do sukcesu i faktycznie warto zacząć od
Penny Dreadful S02 E04
A co jest wisienką na torcie zestawu bieliźnianego? Gorset. I to taki z prawdziwego zdarzenia. Najporządniejszy jaki kiedykolwiek miałam na sobie to underbust ze spiralnymi fiszbinami od Restyle. Wiedziałam, że muszę mierzyć wyżej z jakością, bo mimo, iż Violin underbust był przyzwoity w noszeniu, ciągle był kawałkiem satyny made in china, o podszywaniu się pod ubranie z epoki mogący tylko pomarzyć.


Pozwolę sobie cofnąć się w czasie i nakreślić moje doświadczenie z gorsetami. Pierwsza moja gorsetopodobna tuba również pochodziła z Restyle. Były to plastikowe fiszbiny obite wątpliwej jakości materiałem, i to w dodatku...za duże. Rozmiarówka ograniczała się do s/m/l, a nie tak jak w przypadku większości modeli do wymiarów precyzyjnych co do cala. Więc kiedy w rozmiarówkach calowych byłam praktycznie na środku tabelki (22"), restylowe standardy nie przewidziały tej mniejszej połowy kończąc na odpowiedniku 24". Rok później dostałam Steampunk Underbust z niesławnego Corsets.uk, więc jak widać mój trzeci gorset, czarny underbust z dekoracjami przywodzącymi na myśl skrzypce, był tak na prawdę najwyższym schodkiem we wspinaczce jakościowej na jaki udało mi się wejść. Oczywiście nie byłabym sobą, jeśli w początkowej fazie fascynacji nie przeszukałabym wszystkich second handów w mieście, więc przez te parę lat udało mi się znaleźć kilka gotyckich potworków z powyginanymi fiszbinami i wiązaniem przypominającymi gorset. Nad prawdziwymi cudeńkami tylko wzdychałam znad pustego portfela, a z biegiem lat entuzjazm mi opadł i pozbyłam się wszystkich gorsetów, zostając ze wspomnieniami.



W kwietniu tego roku, całkiem przypadkowo, trafiłam na zlot fanek gorsetów w Krakowie. Przyjęły mnie bardzo ciepło, mimo, że już dawno nie siedziałam w temacie. Co więcej, miałam okazję poznać Koseatrę, której blog pomagał mi stawiać pierwsze kroki w świecie mody alternatywnej. Ten dzień sprowokował mnie do przemyślenia swojego życia i rozbudził we mnie ponownie chęć posiadania gorsetu. A skoro noszenie na ubraniach mi się nie podobało, może trzeba by się za to zabrać od lewej strony. I to sprowadza nas do mojej fazy na modę historyczną. Stwierdziłam, że pora podejść do tematu na poważnie, a jak już pisałam, warstwy spodnie to dobre miejsce żeby zacząć. O ile koszulę (chemise) sobie skombinowałam, a do halek jak się zabiorę, to wierzę, że dam radę (mamusia pomoże!), o tyle gorset to zbyt ważny element garderoby, żeby zdać się na łaskę mojego braku doświadczenia. Będzie miał wpływ na moją postawę i organizm, więc stwierdziłam, że nie mam do siebie samej na tyle zaufania. Wolałam żeby został wykonany porządnie i żebym mogła nosić go bez obawy o moje żebra. 


Corsetry & Romance wybrałam od razu, spośród znanych przeze mnie gorseciarek. Bardzo podziwiam jej prace i to właśnie o takich gorsetach marzyłam te parę lat temu. Czytałam też recenzję dziewczyny, której również zależało na tym, żeby gorset był odpowiedni pod XIX wieczne ubrania, a jej zachwyt utwierdził mnie w mojej decyzji. Wiedziałam też, że Pani Palina ma doświadczenie z szyciem modeli wzorowanych na historyczne, a jej strona na facebooku jest pełna dowodów. Mogłam ją poprosić o radę przy wybraniu modelu i zdać się kompletnie na jej wiedzę. Zaproponowała mi ten,  jako dobrze podszywający się pod XIX wiek i jednocześnie wygodny w noszeniu: 
Corsetry&Romance

Przez cały proces zamawiania czułam się świetnie, ponieważ dyskutowałyśmy (za pośrednictwem messengera) razem każdy detal, na wszystko miałam wpływ, a uczucie, że coś powstaje specjalnie dla mnie i według moich preferencji jest niesamowite. W kwietniu omawiałyśmy projekty, ceny i detale, a na początku maja można było zaczynać pracę. Tutaj chciałabym zwrócić uwagę na czas. Zaczęłyśmy rozmawiać 4 kwietnia, w tempie kilka wiadomości na tydzień, a gotowy projekt trafił do mnie 13 czerwca. Jest to jakby nie było ponad dwa miesiące. Jednak nigdy nie powiedziałam, że mi się spieszy (bo nie spieszyło się), wiec nie wiem, jak realizacja zamówienia by przebiegała, gdybym nadmieniła, że czas ma znaczenie. Poza tym, śledzę C&R na facebooku i widzę ile zagranicznych podróży, szycia, nauki i innych projektów czekało na panią Palinę w tym okresie, więc jest dla mnie  zrozumiałe, że moje zamówienie nie jest niczyim centrum świata. Co więcej, rok temu, kiedy rozważałam zakup gorsetu na  Złote Popołudnie 2016 na ostatnia chwilę, dostałam odpowiedź, że jak najbardziej dałoby się wykonać gorset w w niecałe 3 tygodnie, co daje mi pewność, że gdybym podała limit czasowy, lub gdyby miesiąc byłby mniej zajęty, dałoby się szybciej. Na szczęście mi się nie spieszyło wiec nie widziałam potrzeby narzucania niepotrzebnie presji.

Kiedy już klamka zapadła, trzeba było zdjąć ze mnie miarę. Dostałam w tym celu obrazek, opatrzony szczegółowymi instrukcjami:
Potrzebne były numery 1,2,45,7,9,12,13. Dwa ostatnie były dla mnie najtrudniejsze, co potem skutkowało źle dopasowanym w biuście gorsetem próbnym.

Kiedy już skończyłam gimnastykować się z centymetrem, można było zacząć szycie gorsetu próbnego. Jego przyjścia doczekałam się 6 czerwca. Początkowo przymiarka miała się odbyć osobiście, ponieważ do Krakowa mam rzut beretem wyścigowym przez autostradę, ale niestety jak już pisałam wcześniej, maj to bardzo zabiegany okres dla C&R, więc nie umiałyśmy się zgrać co do terminu. Gorset przyszedł więc do mnie pocztą (aż dziwne, że obyło się bez przygód). Bardzo ciekawym doświadczeniem było dla mnie podziwianie takiego niewykończonego projektu, a jeszcze ciekawiej się w to cacko ubierało. Jako, że nie było zapięcia z przodu, musiałam się w tubę wcisnąć od góry, żeby nie rozwiązywać kilometra trzymającego całość razem sznura. Kawałek materiału usztywniony fiszbinami nie przypominał prawie niczym efektu końcowego, ponieważ celem jego istnienia było tylko i wyłącznie sprawdzenie, czy wymiary się zgadzają. Mimo to, takie mierzenie bardzo mnie podekscytowało, bo czułam się jak na przymiarce u krawcowej sprzed wieku (mimo że krawcowej we własnej osobie przy tym nie było, za to był Marek, który nauczył się już bardzo porządnie wiązać takie sznurki, dzięki praktyce na moich sukienkach).
 Zdjęcie powyżej idealnie obrazuje konieczność wykonywania próby. W biuście trzeba było materiału odjąć, a dodać w bioderkach. W takiej formie gorset wygląda trochę jak sztuka nowoczesna, a trochę jak nieudany kaftan bezpieczeństwa z tymi wszystkimi kolorowymi nitkami, wystającymi fiszbinami i prującym się materiałem.
Z przodu byłam nawet podpisana, więc wiadomo było, że to moje! Niestety gorset musiałam odesłać, bo jego elementy były potrzebne do uzyskania efektu końcowego.

I potem już wszystko poszło z górki. W poniedziałek mierzyłam, we wtorek odesłałam, w sobotę Palina kupowała materiał i zabierała się do pracy. Tym razem nie obyło się bez drobnej przygody na poczcie, a jakże. Oddział w centrum handlowym, godzina do zamknięcia. Kupiłam kopertę, siedzę z boku przy stole i wypisuje kwitki. Pani klientka z dwoma sklepowymi wózkami, z których dosłownie wylewały się kartonowe pudła wkracza do sklepu i mówi do ogarniętej trwogą pani z okienka: " Ja to bym chciała wysłać wszystko do mnie do Stanów. Wie pani, tak żeby jak najwolniej szło, żeby tanio było, tam garnki są, wie pani..." Zarządziłam taktyczny odwrót. Na szczęście kiedy jakiś czas później zrobiliśmy drugie podejście, po pani hamerykance zostały tylko puste sklepowe wózki rozstawione na środku pasażu. Szczęśliwie mogłam więc wysłać przesyłkę za jednym podejściem!

Jak już wspomniałam, w sobotę  pani Palina wybrała się po materiały.  Pokazała mi jakie są opcje kolorystyczne i wybrałam sobie taki odcień różu (a jakże!) jaki mi najbardziej odpowiadał. Do wyboru miałam bawełnę i jedwab, cena każdego z materiałów została mi podana. Z możliwych dodatków zdecydowałam się na koronkę i cording (te takie "żeberka" na biuście). Za haft podziękowałam i trochę żałuję, bo patrząc po innych gorsetach delikatny wzorek wzdłuż dolnej krawędzi jest praktycznie jak charakterystyczny podpis na dziele, ponieważ wiele klientek się na takie wykończenie zdecydowało. Jeszcze bardziej mi się przykro zrobiło kiedy odkryłam, że moje dzieło nie ma metki...Ale no mówi się trudno, może jeszcze uda się temu brakowi haftu kiedyś zaradzić.

Oceniając samą transakcję przyznam, że jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza przez to, jakiej ultradźwiękowej prędkości wszystko nabrało na końcu. W sobotę materiał został wybrany, w niedzielę dostałam zdjęcie gotowego gorsetu, a we wtorek trzymałam już go w rękach. Najpierw szło niewiarygodnie wolno, a potem szybciej niż się spodziewałam. Zdążyłam się już uzbroić w cierpliwość i założyć, że poczekam kolejny miesiąc od wybrania materiału, a tu proszę! Tak jak już powiedziałam, mam świadomość, że mój gorset był na pewno tylko jednym z wielu różnych projektów, którym pani Palinie przyszło się zajmować w tym czasie, więc... nie frustrowałam się. Wierzę, że gdybym określiła deadline, dałoby się go dotrzymać. Poza tym aspektem, muszę przyznać, że podziwiam zaufanie C&R do klienta. Myślałam, i byłoby to dla mnie całkiem uzasadnione, że zostanie ode mnie pobrana zaliczka, albo chociaż opłata za gorset próbny zanim ten wyruszył mi na spotkanie. Jednak zostałam poproszona o przelew dopiero, kiedy zobaczyłam zdjęcie wykończonego projektu. Poszczególne składowe ceny końcowej zostały wyodrębnione zgodnie z kwietniowymi ustaleniami (opłata za wykonanie konkretnego modelu gorsetu + materiał + gorset próbny + dekoracja koronką + cording + wysyłka) i mogłam dokonać zapłaty za jednym zamachem. Z jednej strony jednorazowa wpłata jest  wygodna, jeśli trzeba na gorset uzbierać, ale na przykład ja już miałam odłożone pieniądze od odkąd po raz pierwszy otworzyłam okno czatu z C&R, więc w moim przypadku była to raczej ciężka walka z zakupowymi pokusami. Gorset przyszedł zapakowany w tiulowy woreczek, który może posłużyć za jego stałe mieszkanko. Dopytałam się również o instrukcje przechowywania i czyszczenia na wypadek niechcianej plamy i otrzymałam wyczerpujące informacje.

Tyle, jeśli chodzi o ocenę transakcji, po opinię o samym gorsecie zapraszam do części drugiej!