niedziela, 24 kwietnia 2016

Spódnica "Love Nadia"


Tym razem pora zrecenzować ciuch, który ciągle można nabyć! Oto przed państwem:


Bodyline zawsze mnie zadziwiał poetyckością nazw produktów... Na pewno zatrudniają specjalnego człowieka, żeby im je wymyślał. Niestety świat mody jest okrutny i klientki wymyśliły własną, pospolitą nazwę "Love Nadia". Nawet nie wymyśliły, tylko odczytały ją sobie z printu. Toż to czyste lenistwo!
Wyżej wymieniony motyw, został wykorzystany do wyprodukowania zarówno prezentowanej po niżej spódniczki jak i sukienki oraz torebki. Zdecydowałam się na spódniczkę, ponieważ sukienka ma bardzo dziwny krój, który nie przypomina ani OP ani JSK i zapewne byłby trudny do zestawienia (a w torebkę się nie ubiorę). Wybrałam kolor brązowy (na obrazku model drugi od dołu. Modelka prezentuje kolor podpisany jako fioletowy.)
Dałam za nią 120zł. Wysyłka była wtedy jeszcze darmowa (ach piękne to czasy...). Obecnie cena samej spódnicy to po przeliczeniu +/- 112zł, z tym że teraz trzeba doliczyć jeszcze jakieś 1000 yenów na podatek i najtańszą wysyłkę, co razem daje już 147zł. 
Po rozpakowaniu paczki, mój entuzjazm trochę przygasł. Okazało się, że spódnica posiada dwie znaczące wady...
Pierwszą widać na pierwszy rzut oka: dobór kolorów. Niby brąz się zgadza, ale Pan Yan deczko zaszalał z odcieniami. Na zdjęciu sklepowym nie jest to tak widoczne, ale na żywo wstążka, z której wykonano wiązanie gorsetowe i ozdobne kokardki, znacznie odcina się kolorem od reszty. Zarówno moje RHSy jak i print na spódnicy mają kolor miłego, ciepluśkiego brązu. Kokardki natomiast przypominają raczej modny jakiś czas temu kolor whisky, czyli jak zwykłam mówić - kupciaty.
 Tutaj Lladia (z lewej) prezentuje na sobie wersję"purple" ozdobioną wstążkami, które bardziej pasują do mojej spódnicy niż te, które jej przypisano...
Jako że bardzo mi owa rozbieżność przeszkadzała, uzbroiłam się w przybory do szycia i dokonałam szybkiej wymiany kokardkowej.

Tak oto spódnica prezentuje się dziś. Odcienie nadal nie zgadzają się w stu procentach, ale na pewno jest lepiej niż było.
Skoro już jesteśmy przy wadach, to pora przyjrzeć się printowi. Przedstawia on dziewczynkę (plotki głoszą, że ma na imię Nadia), która spaceruje sobie po lesie z fartuszkiem w talii, koszyczkiem w ręku i uśmiechem na ustach.
Tutaj wszystko byłoby w porządku...gdyby nie napis. Już pomijam fakt, że jest żółty, tego byłam świadoma przed kupnem. Natomiast dopiero przy oglądaniu spódnicy na żywo okazało się, że jest on...odwrócony!

 W niektórych miejscach zadziałały dodatkowe czary i napis jest zwielokrotniony! Spod żółtej kaligrafii zerkają na nas białe, drukowane litery. Wygląda to jakby w trakcie procesu twórczego artyście się odwidziało i zamiast zmazać oryginał, zamalował go nową wersją.

Żeby było zabawniej, niedługo po tym, jak przyszło moje zamówienie, na stronie pojawiło się nowe zdjęcie, które wyraźnie informowało o tym, że print jest wadliwy. Można się więc domyślać, że wszystkie spódnice z tej dostawy są potraktowane efektem lustrzanego odbicia. Dla pocieszenia dodam, że istnieją też egzemplarze z wcześniejszego sortu, na których nie zaszła taka pomyłka.
Na szczęście ta niedoróbka jest mało zauważalna. Przyznam, że nawet mnie bawi czytanie printu w lustrze. Poza tym małym defektem, wzorek jest na prawdę przeuroczy.



Jest to mój pierwszy ciuch z border printem, dlatego byłam bardzo ciekawa, jak rzecz się ma przy fragmencie, gdzie zszyte są dwa końce materiału. Przyznam szczerze, że jestem bardzo zadowolona z tego co zobaczyłam.
 Dla porównania zamieszczam zdjęcie mojego jedynego "burando" (czyli sukienki z lepszej firmy) jakiego posiadam,

Uważam, że tutaj zakończenie jest o wiele gorsze. Nie wiem jak to wygląda z perspektywy osoby trzeciej, ale kiedy sama oglądam tę sukienkę, bardzo często natrafiam wzrokiem na ten źle zszyty motyw i świadomość jego istnienia niezwykle mnie irytuje! (więcej o sukience w osobnej notce )

Tam gdzie jest szycie, jest i zamek błyskawiczny. Te akurat jest w idealnie dobranym kolorze, zlewa się wręcz z materiałem. Dodatkowo został jeszcze przykryty. Dobrze trzyma, nie zacina się i nie rozsuwa samoczynnie jak w przypadku sukienki L510

 Pas spódnicy jest usztywniony kilkoma plastikowymi fiszbinami. Z tyłu jest shirring, czyli gumka i wiązanie gorsetowe wyposażone w moją wstążkę.
Jak widać na poniższym zdjęciu, na wysokości talii pojawiają się luźne niteczki. Na szczęście nie są one w ogóle widoczne na zewnątrz, dlatego zostawiam je w świętym spokoju.
Chociaż metka zaklina mnie w kliku językach żeby czyścić tylko w benzynie, pozwoliłam sobie zaryzykować i wrzucić spódnicę do pralki na tryb prania ręcznego (jaki przepiękny paradoks..ręczne pranie automatyczne. Czyżby moja pralka miała rączki?). Ciuszek wyszedł z tego eksperymentu bez szwanku. W dodatku czyściutki!
Chciałam też skomentować sam materiał, ponieważ jest on dosyć specyficzny, a konkretniej sztywny. Można złapać trochę w rączkę i manewrować jak się chce, a on zostanie tak, jak go uformowaliśmy. Przykład na zdjęciach poniżej.

Jest to dosyć zabawne i praktyczne. Dzięki takim zabiegom można uniknąć efektu kaczego kupra", wypychając materiał na boki. Jedyna wada jaka jest z tym sprzężona to podatność na gniecenie, zwłaszcza z tyłu. Nie jest tak źle, zagniecenia powstają szczególnie podczas siadania.


Podsumowując:

Plusy:
+taniość
+śliczny print, estetyczne szycie
+dobrze się układa na halce
+shirring na plecach, dzięki któremu spódnica dopasowuje się do sylwetki
+niewidoczny, sprawny suwak
+bezproblemowe pranie

Minusy:
- pięćdziesiąt odcieni brązu
- błąd na princie

Czy kupiłabym ją ponownie, gdybym miała wybór? Tak, ale wybrałabym opcję "purple".

Czy jest warta swojej ceny? Tak.


Czy produkt jest zgodny z opisem? Teraz już tak. Kiedy kupowałam brakowało informacji o błędach w princie.



Spódnica dostaje ode mnie 4/5. Jej wady albo dało się naprawić, albo można zignorować. Jest bardzo komfortowa w noszeniu i bezproblemowa w pielęgnacji. Polecam! 


Stylizacja z moimi RHS i Love Nadią. Gościnnie na zdjęciu jeże.

W następnej notce opiszę moją smutną przygodę rajstopową.