środa, 25 maja 2016

L'oiseau bleu - moje pierwsze burando!

Pora opowiedzieć parę słów o brylancie w koronie mojej loliciej szafy. Mam na myśli oczywiście pierwszą ( i na dzień dzisiejszy jedyną) brandową sukienkę będącą w moim posiadaniu. Dostałam ją w grudniu jako prezent osiemnastkowy. Na tę niespodziankę złożyło się wiele osób, za co korzystając z okazji chciałabym bardzo podziękować po raz kolejny!



O istnieniu tego printu dowiedziałam się dopiero po otrzymaniu sukienki. Przeglądając jednak lolibrary, stwierdziłam, że ze wszystkich wariantów najbardziej podoba mi się dokładnie ten model w dokładnie tym odcieniu. Pogratulować moim przyjaciołom nosa!
Zakup został dokonany za pośrednictwem closetchild, czyli japońskiego secondhandu. Niestety sama jeszcze nigdy tam nie kupowałam, dlatego nie mogę nic powiedzieć na temat samego procesu składania zamówienia. Wiem tyle, że sukienka dotarła do mnie schludnie poskładana i zapakowana w foliowe opakowanie. A oto co zobaczyłam po otwarciu pakunku. 




 Ramiączka sukienki nie są regulowane, ale posiada ona za to zarówno shirring jak i wiązanie gorsetowe, co umożliwia dopasowanie jej w biuście i w talii.

Z boku wszyto bardzo dyskretny zamek. Działa bez zarzutów, a u zwieńczenia jest wspomagany haftką,  (w przeciwieństwie do sukienki autorstwa pana Yana) więc tym razem nie musiałam  interweniować.
Tył sukienki zdobi kokarda zawiązana z waist ties. Są one uszyte tylko z jednej warstwy materiału, więc są zadrukowane tylko z jednej strony.
Są przypinane na guzik w kształcie serduszka. Wystające niteczki są widoczne tylko na zdjęciu. Zresztą ich obecność jest zrozumiała, w końcu to używana sukienka...
Border print przedstawia przeróżne obrazki. Nazwa "l'oiseau bleu" oznacza błękitnego ptaka, który pojawia się na princie jako jedna z postaci (jest bardziej miętowy niż błękitny, ale...). Próbowałam się dowiedzieć czy nazwa ma jakiś głębszy sens i dlaczego jest po francusku...ale chyba chodzi tylko o to, żeby brzmiało ładnie.


Pod niektórymi obrazkami widać logo i nazwę firmy...

...a pod innymi tekst, również po francusku "le bonheur presente ici" czyli "szczęście obecne tutaj". Czemu akurat taki? Również nie mam pojęcia. To chyba na zawsze pozostanie tajemnicą projektantów.
Jak już wspominałam w recenzji "Love Nadii", jedyna rzecz w całej sukience, która mnie irytuje, to łączenie materiału. Mam trzy ubrania z border printem i żaden nie ma tak niedokładnego zakończenia. Bardzo denerwuje mnie to, że dół jest zakończony ładnie, a potem nagle ptak jest podwojony, tak samo jak różowo-czerwony wzorek powyżej.

Górna część jest gęsto usiana kropeczkami i gdzieniegdzie urozmaicona piórkami, dmuchawcami i innymi kwiatuszkami w pastelowym odcieniu różu.  

Koronka i tasiemka w kwiatki pasują kolorystycznie do całości. Podobnie jak podszewka! 

Dekolt sukienki udekorowany jest niewielką kokardką, której nie da się odczepić.

Do sukienki dołączona jest również większa kokarda. Oryginalnie była przypięta z przodu, na wysokości talii, ale da się ją odczepić. 




Zadziwiające jest to, że na materiale nie widać żadnych śladów po wpinanej i wypinanej wielokrotnie agrafce.

Górne zapięcie jest oryginalne, spinkę do włosów pozwoliłam sobie dodać. Często noszę kokardkę jako ozdobę na głowę. Fabryczna przypinka trzyma się dobrze, nie odpina się. Jednym słowem nie miałam z nią jeszcze najmniejszych problemów.
Made in Japan! To samo napisano na metce sukienki.
Mimo tego, że metka oczywiście rzuca we mnie ostrzeżeniami czego to pod karą piekła i tortur nie wolno robić z sukienką, postanowiłam ją wyprać....i to w pralce.  Poradziłam się mamy, a ona nie widzi w mojej sukience wielkiego skarbu z dalekiego wschodu, tylko po prostu ciuch uszyty z bawełny. Powiedziała, ze mogę bez obaw wrzucić ja do pralki na pranie ręczne. Wrzuciłam, ale nie bez obaw. Bałam się głównie o kolory, ponieważ na princie występują zarówno ciemny brąz i mocna czerwień, jak i delikatna biel. Na szczęście sukienka nie odniosła żadnych obrażeń. Zachęcona takim obrotem sprawy, wywróciłam sukienkę na lewą stronę i zabrałam się do prasowania. Test pary wyszedł tak samo pomyślnie jak test wody.

Podsumowując:

Plusy:

+szczegółowy, pięknie wykonany print
+w stu procentach bawełniany materiał i koronki dobrej jakości
+wygodna w noszeniu
+można prać i prasować bez obaw
+niewyprodukowana w Chinach
+odczepiana kokarda i waist ties
+sprawnie działające zapięcie

Minusy:
-irytujące szycie na bokach printu
-cena ( oryginalna cena z lolibrary z 2009 roku wynosi 23 940 jenów czyli +/- 860zł. To dużo. Ta konkretna sztuka została zakupiona z drugiej ręki więc na pewno była tańsza, ale na pewno swoje kosztowała.)


Czy kupiłabym ją ponownie gdybym miała wybór? Tak, jeśli trafiłabym na nią na jakiejś aukcji za na przykład połowę oryginalnej ceny, a może nawet trochę więcej. Uważam, że jest warta inwestycji.



Czy jest warta swojej ceny?  Jak już wspomniałam, był to zbiorowy prezent na urodziny. Trudno mi ocenić czy sukienka jest warta swojej ceny, jeśli nie wiem ile przeznaczono pieniędzy ma ten konkretny egzemplarz.


Czy produkt jest zgodny z opisem? Po przejrzeniu zdjęć sklepowych na lolibrary, stwierdzam, że tak.


Jest to moje pierwsze brando, więc moje oczekiwania wobec sukienki legendarnej loliciej firmy były wysokie. Niemniej jednak sukienka nie była w najmniejszym stopniu rozczarowaniem (szczycie printu to tylko moje czepialstwo). Jej jakość rzeczywiście jest wysoka, a detale zachwycają. 5/5!

Jak widać na zdjęciu wykorzystałam w stylizacji moje skrytykowane ostro rajstopy. Wybierałam się wtedy na wystawę lalek, wiec szkoda było ich nie założyć. Jak to wygląda oceńcie sami...
Zdjęcie wykonał Marek Null